Eurosport
Oto nowe Twin Towers
📝
09/03/2009, 14:15 GMT+1
Marcin Gortat po raz pierwszy w karierze w NBA był na parkiecie razem z Dwightem Howardem, a jego Orlando Magic pokonali na wyjeździe mistrzów Boston Celtics 86:79. Polak razem z Supermanem mogą stworzyć duet podobny do słynnych Twin Towers z San Antonio Spurs.
Eurosport
Foto: Eurosport
Na miano Twin Towers, czyli Bliźniaczych Wież pod koniec lat 90. ubiegłego stulecia zasłużyli David Robinson (216 cm) i Tim Duncan (211). W latach 1997-2003 stworzyli w San Antonio Spurs parę dwóch wysokich, niesamowicie sprawnych koszykarzy, którzy byli postrachem dla całej NBA. W latach 1999 i 2003 wspólnie zdobywali mistrzostwo ligi. Po drugim tytule Robinson zakończył karierę i w Spurs pozostała tylko jedna część Twin Towers. Od tego czasu nie było w żadnej drużynie NBA dwóch tak wysokich zawodników, o tak świetnej sprawności. Od niedzieli mogą nimi być Marcin Gortat (214 cm) i Dwight Howard (211).
- Jestem przekonany, że mogę grać razem z Dwightem. Spokojnie poradzę sobie z występami na pozycji cztery, czyli silnego skrzydłowego. W ostatnich miesiącach bardzo poprawiłem rzut z półdystansu. Do tego jestem świetnie przygotowany atletycznie i szybkościowo. Szkoda, tylko, że trener Stan van Gundy nie daje mi szans na grę razem z Howardem. To byłoby coś wspaniałego - mówił serwisowi eurosport.pl Gortat.
Nasz zawodnik cały czas był zmiennikiem Howarda i ani razu w prawie 60 spotkaniach w jakich dotychczas wystąpili razem, nie zdarzyła się sytuacja, aby obaj razem, jednej chwili przebywali na parkiecie. Na pozycję silnego skrzydłowego opiekun zespołu z Florydy wolał wystawiać m.in. Tony'ego Battie.
W meczu z Celtami z Bostonu wreszcie spełniły się marzenia Gortata i przyniosło to znakomite rezultaty. Polak wprawdzie zmienił Howarda pod koniec pierwszej kwarty, ale na druga odsłonę na parkiet wyszli już razem. Przez kilka minut wspólnej gry byli ścianą nie do przejścia dla graczy mistrzów NBA. Świetnie współpracowali w obronie i znakomicie biegali do ataku. W jednej z akcji Gortat zaliczył nawet asystę do swojego najlepszego kolegi w zespole.
Gdy dwaj najwyżsi zawodnicy przebywali na boisku, przewagą Magic zaczęła natychmiast rosnąć. Widać, że razem mogą wnieść do zespołu nową jakość, a pod nieobecność kontuzjowanego do końca sezonu rozgrywającego Jameera Nelsona jest ona raczej niezbędna.
Łącznie Marcin spędził na parkiecie ponad 23 minuty. W tym czasie zdobył sześć punktów (3 na 5 z gry), miał pięć zbiórek i dwa bloki. Jego Magic zanotowali 46. wygraną, w 62. spotkaniu tego sezonu i awans do play-off mają już prawie pewny.
Powiązane tematy
Reklama
Reklama