Tara Moore wygrała, choć przegrywała 0:6, 0:5

Wydawało się, że takie rzeczy dzieją się tylko w filmach. Brytyjska tenisistka Tara Moore powoli żegnała się z turniejem w Sunderland, przekreślili ją chyba wszyscy. Przegrała 11 kolejnych gemów i była piłkę od wstydliwej i jakże dotkliwej porażki. Jeszcze wtedy nie wiedziała, czego za chwilę dokona.

Foto: Eurosport

Moore grała z Francuzką Jessiką Ponchet. Pierwsza runda turnieju niższej kategorii, pod dachem, bez oszałamiającej puli nagród (25 tys. dolarów). Z jednej strony tenisistka z piątej setki rankingu z zawodniczką numer 194, trzecią najwyżej rozstawionąw całych zawodach.

Moore uciekła przed "rowerkiem"

Faworytka mogła być jedna. I długo wszystko układało się po myśli Francuzki. Pach, pach, szybko i gładko pierwszy set dla Ponchet. Bez historii. Sześć wygranych gemów, bez żadnego przegranego.
Zanosiło się na "rowerek", czyli tenisowy nokaut - 6:0, 6:0. Coś, czego nikt za nic w świecie nie chce doświadczyć. Bo drugi set miał bardzo podobny przebieg. Ponchet szła za ciosem. Wygrała pięć gemów, w szóstym prowadziła już 40:30… I no właśnie.
"Dopóki piłka w grze…" - mawiał klasyk. Najwyraźniej Francuzka myślami była już w drugiej rundzie, bo coś w niej pękło. Zaczęła się mylić na potęgę. Do tego momentu, w tym secie, miała dwa przełamania - wygrała dwa gemy serwisowe. Teraz to ona serwowała i wystarczyło grać jak do tej pory. Tymczasem tu aut, tam siatka i Moore ją dogoniła. Brytyjka miała furę szczęścia, bo obroniła piłkę meczową odbiciem po siatce. Było po 40. Za chwilę przewaga i pierwszy gem dla Moore.

Coś się zacięło

Pierwszy i nie ostatni. Za parę minut będzie kolejny, później przełamanie do 30, następne też do 30. Za chwilę wygrała swoje podanie i był remis. Tenisistka, którą już skreślono, jakby dostała zapas tlenu, a jej rywalka zaczęła się dusić z bezradności.
Uskrzydlona Brytyjka wygrała tie-breaka. Był remis w setach. W tym decydującym zażarta walka trwała tylko do stanu 3:3. Później rządziła już Tara. Wygrała 6:3 i całe spotkanie. Turniejowa trójka, którą od zwycięstwa i awansu do kolejnej rundy, dzieliła jedna piłka meczowa, została wyrzucona.
"Nawet przez chwilę nie zwątpiłam" - skomentowała później w mediach społecznościowych szczęśliwa Moore. Oczywiście żartowała, bo trudno by w takich okolicznościach, w jaki się znalazła, nie zwątpić.
Brytyjskie media są dumne. "Wyjątkowe, niesamowite odwrócenie ról" - komentuje na swojej stronie "The Guardian". "Jeden z największych powrót w historii tenisa" - dodaje "The Independent".

Jak kiedyś Lendl z McEnroe

Jeden z największych, bo świat tenisa widział już kilka podobnych.
Kiedyś, we French Open 1984, Ivan Lendl pokonał w epickim finale Johna McEnroe'a, choć przegrał dwa pierwsze sety (nie do zera, ale też dość wyraźnie 3:6, 2:6).
- To moja najdotkliwsza porażka - utyskiwał później załamany Amerykanin, który miał za sobą najlepszy sezon w karierze.
Autor: twis / Źródło: eurosport.pl, guardian.com
dołącz do Ponad 3 milionów użytkowników w aplikacji
Bądź na bieżąco z najnowszymi wiadomościami, wynikami i wydarzeniami na żywo
Pobierz
Udostępnij
Reklama
Reklama