Wypadek Schumachera. Koordynator akcji ratunkowej ujawnił kulisy

Dodaj Eurosport do zaufanych źródeł w Google

29 grudnia 2013 roku Stephane Bozon dowodził akcją ratunkową po wypadku Michaela Schumachera. W piątą rocznicę udzielił wywiadu tygodnikowi "Focus", w którym wrócił do dramatycznych wydarzeń z udziałem siedmiokrotnego mistrza świata Formuły 1.

Foto: Eurosport

Stan zdrowia legendy F1 pozostaje pilnie strzeżoną tajemnicą. Za zdjęcie rehabilitującego się Schumachera brukowce oferują nawet milion dolarów. Pewne jest tylko to, że niemiecki kierowca doznał obrażeń mózgu i że pomału wraca do zdrowia w zaciszu domowym.
Reszta to domysły. W ostatnim czasie branżowe media rozpisywały się o tym, że Schumacher nie jest ani w śpiączce, ani nawet nie jest już przykuty do łóżka. Były szef "Schumiego" z Ferrari, obecnie prezydent Międzynarodowej Federacji Samochodowej Jean Todt ujawnił, że wspólnie z byłym mistrzem oglądał niedawno Grand Prix Brazylii.

Utrudniona akcja ratunkowa

Rąbka tajemnicy, tyle że na temat samego wypadku Schumachera, uchylił Bozon, komendant francuskiej żandarmerii narodowej. Pięć lat temu to on koordynował akcję ratunkową w kurorcie narciarskim Meribel, gdzie doszło do tragicznego zdarzenia.
- Pierwsi ratownicy, którzy dotarli na miejsce, informowali, że z uwagi na to, iż do wypadku doszło poza trasą, trudno było przetransportować Schumachera troskliwie i ostrożnie - przekazał magazynowi "Focus".
- Do dziś pamiętam, że ratownicy z helikoptera mieli problemy z udzieleniem pierwszej pomocy właśnie ze względu na lokalizację wypadku. Od początku było wiadomo, że sytuacja jest poważna, w innym razie nie użylibyśmy helikoptera - wyznał Bozon.
Na miejscu tragedii był dzień po. Widział kamień, w który Schumacher uderzył głową. Niemiec szusował w kasku, do którego przytwierdzona była kamera, co miało spotęgować obrażenia mózgu.

Gdyby śniegu było więcej

- W dniach poprzedzających wypadek delikatnie prószyło, w związku z czym kamienie były minimalnie przykryte śniegiem. Schumacher nie mógł ich widzieć. Gdyby śniegu było więcej, po prostu przejechałby po nich - relacjonował.
Funkcjonariusz nie miał zastrzeżeń do zabezpieczenia stoku, ponieważ do wypadku doszło poza miejscem przeznaczonym do jazdy na nartach. - Nie ma tu winy właściciela resortu. Jeśli jeździsz poza trasą, robisz to na własne ryzyko.
Autor: łup / Źródło: Eurosport
dołącz do Ponad 2 milionów użytkowników w aplikacji
Bądź na bieżąco z najnowszymi wiadomościami, wynikami i wydarzeniami na żywo
Pobierz
Udostępnij
Reklama
Reklama